Bartosz Heller dla PlażaOpen: to były wspaniałe słoneczne miesiące na polskich piaskach

Beznazwy-1

W pierwszy weekend września, w Krakowie – ORLEN Mistrzostwami Polski w siatkówce plażowej, zakończył się tegoroczne sezon siatkówki plażowej nad Wisłą. O jego podsumowanie poprosiliśmy Bartosza Hellera – redaktora stacji Polsat Sport, jednego z największych fachowców siatkówki plażowej w naszym kraju.

Sezon siatkówki plażowej w naszym kraju dobiegł końca. Jakie to było kilka miesięcy?

Jak zwykle za szybkie, ale taki mamy klimat. A na poważnie to były wspaniałe słoneczne miesiące na polskich piaskach. Pogoda sprawiła psikusa tylko podczas turnieju World Tour w Warszawie. Kto był, ten pamięta nagły atak jesieni na początku lata.

Zapytam teraz o finałowy turniej w Krakowie. Na początek chciałbym poruszyć kwestię organizacji, jak oceni Pan przygotowanie zawodów, ich otoczkę?

Na pewno były to jedne z najlepiej zorganizowanych finałów MP w historii, a mam frajdę przyjemność obserwować  je prawie od samego początku. PZPS oraz krakowskich gospodarzy trzeba pochwalić za odpowiednie rozstawienie par, pulę nagród i infrastrukturę z mobilną komorą do krioterapii na czele, która na miejscu służyła siatkarkom i siatkarzom.  Na osobne brawa zasłużyli spikerzy i moderatorzy dopingu. Oprawa zawodów stała na najwyższym poziomie.

 A jak było z poziomem sportowym? Wygrali faworyci i faworyci, więc teoretycznie obyło się bez większych sensacji?

Im bliżej strefy medalowej tym poziom był wyższy.  Generalnie zmagania w Krakowie były pokazem siły par kadrowych, które opanowały podia w obu turniejach. Z drugiej strony pamiętajmy, że dla par krajowych na czele z duetami Saad/Wawrzyńczyk u pań czy Brożyniak/Janiak u panów  termin rozgrywania finałów był bardzo niefortunny.  Być może za rok w Torunia mistrzostwa Polski uda się rozegrać nieco wcześniej.

No chyba, że za taką uznamy duet Sandra Szychowska/Magdalena Rapacz-Matras, który niespodziewanie, aczkolwiek jak najbardziej zasłużenie znalazł się w najlepszej czwórce turnieju kobiet.

Myślę, że Sandra i Magda niespodziankę sprawiły dwa lata temu we Wrześni, kiedy po raz pierwszy  awansowały do strefy medalowej mistrzostw Polski. Teraz na rynku krajowym mają już ugruntowaną pozycję i udowodniły to na obiekcie Wandy Kraków.

 Na kogoś szczególnie zwrócił Pan uwagę, podczas tych kilku dni w stolicy Małopolski?

Na Magdalenę Śliwę, która z pasją prowadziła siatkarskie zajęcia dla dzieciaków. Spotkania z naszymi „Złotkami” – zawsze i wszędzie – są bezcenne.

Wróćmy do tego, co działo się nad Wisłą w ostatnim czasie. Idziemy do przodu, siatkówka plażowa w naszym kraju zrobiła kolejny krok do przodu?

                To bardzo trudne pytanie i temat na osobną dyskusję. Mimo olbrzymiego progresu sportowego siatkówka plażowa wciąż pozostaje u nas dyscypliną niszową. Mówię to z bólem serca, ale tak niestety jest. Jeżeli taksówkarze realizujący kursy do klubu Monta Beach Volley nie wiedzą, że grają tu najlepsi z najlepszych to znak, że w sferze promocji i marketingu rezerwy są ogromne.

O nasze pary eksportowe chyba nie musimy się martwić? Wszak w turnieju finałowym cyklu World Tour – Grzegorz Fijałek/Michał Bryl zajęli 2. miejsce, z kolei na najniższym stopniu podium stanęli Piotr Kantor/Bartosz Łosiak.

                W mojej ocenie nie musimy. W zakończonym sezonie nasi siatkarze plażowi zdobyli w sumie 9 medali w cyklu World Tour, w tym pamiętne złoto Kantora i Łosiaka na wspomnianym Cyplu Czerniakowskim w Warszawie. Piotr i Bartosz bardzo długo utrzymywali się również na pozycji liderów rankingu FIVB,  co w wielu innych dyscyplinach jest dla polskich sportowców nieosiągalne. Rysą na szkle są oczywiście mistrzostwa Europy, w których trzy nasze pary solidarnie odpadły w 1/8 finału. Nieudany turniej na holenderskich boiskach uznaję jednak za wypadek przy pracy.

Drugi sezon pary Bryl/Fijałek był bardzo dobry, a w szczególności jego druga połowa. Zaskoczyła Pana postawa Michała i Grzegorza?

Absolutnie nie. Grzegorz i Michał cały czas byli o krok od strefy medalowej.  Przez dwa lata wspólnego grania aż sześciokrotnie docierali do ćwierćfinału w cyklu World Tour. Piąte miejsce zajęli również w ubiegłorocznych mistrzostwach Europy na Łotwie. Ich sukces był tylko kwestię czasu. Bardzo się cieszę, że w końcu stanęli na podium.  To przełamanie było szczególne istotne dla Michała. Grzegorz jako stary wyga był spokojny i cierpliwy od samego początku.

A co z naszymi Paniami? Para Kociołek/Kołosińska zagra w Tokio, w 2020 roku?

                W Tokio na pewno zagrają 24 pary męskie i 24 pary żeńskie. Kasia i Kinia są oczywiście na dobrej drodze by za dwa lata wystąpić w parku Shiokaze.  Już teraz są na miejscu gwarantującym olimpijskie paszporty.  Ale ja zadam inne pytanie. Kto powiedział,  że w stolicy Japonii nie zagrają dwie polskie pary żeńskie?

A jeśli chodzi o resztę zawodniczek? Spore przetasowania, różne wyniki na arenie międzynarodowej, raz lepsze, raz gorsze. Tutaj perspektywa nie jest tak różowa, jak u Panów?

                Niekoniecznie. Spodziewamy się przecież powrotu Moniki Brzostek co dla polskiej, żeńskiej siatkówki plażowej jest wręcz kapitalną informacją. Przetasowania w kadrze żeńskiej są zatem nieuniknione, na razie wiemy, że do wspólnego grania wracają Jakub Szałankiewicz i Maciej Rudol.

Czego można życzyć wszystkim polskim parom, zarówno tym grającym w Polsce, jak i poza granicami naszego kraju w kolejnym sezonie?

                Dużo zdrowia i stabilności finansowej ze strony Polskiego Związku Piłki Siatkowej. O resztę możemy być spokojni.

Zobacz także...